Strony

czwartek, 30 kwietnia 2026

Fluffyco - japanese pancakes, matcha & mochi

Przyznaje się z ręką na sercu. Nigdy nie miałam okazji zjeść tego typu naleśników. Ani w Polsce ani w Japonii. Zawsze chciałam spróbować, ale nie miałam do tego okazji. W najbliższej okolicy nie sprzedają takich wyrobów, a jak pojechałam do Japonii to po prostu nie zdążyłam. Zbyt duży wybór lokali serwujących jedzenie, a każdego dania człowiek nie jest w stanie spróbować. Wiedziałam, że gdy nadarzy się okazja to z pewnością to nadrobię. Nic więc dziwnego, że będąc w Gdańsku postanowiłyśmy tam zjeść szybki lunch.
Dla mnie wersja słodka o uroczej nazwie "pianka z ogniska" (nr 8/36zł). Na serio smakował jak pianki marshmallow, które właśnie ściągnęliśmy z kija po uprzednim upieczeniu. Ten sam smak, ta sama struktura. Sam naleśnik był bardzo lekki, puszysty i delikatny. Rozpływa się w ustach. Cała kompozycja bardzo smaczna idealna jeśli tak samo jak ja macie słabość do słodyczy. Wersja Patrycji "wytrawny" (nr 9/39zł) ma taką samą strukturę naleśnika jak moja. Różni się tylko dodatkami. Dobrze wysmażony boczek oraz jajko to bardzo mocny atut tej pozycji. Sos serowy to idealny łącznik całości.
Mochi (daifuku)/14 złotych. Tak samo jak naleśniki przygotowywane jest na świeżo. Codziennie są inne wersje smakowe. Zamówiłam z nadzieniem malinowym. Miękkie i ciągnące. Kwaskowy owoc przełamał delikatną słodycz ryżowej kulki.
A do picia herbata z imbirem miodem oraz maliną (19zł) podanej w ciekawej formie i przepięknym kubki. Doskonale wyważona smakowo. A dla Patrycji "biscoff caramel latte" (24zł) zabójczo słodko napój z wyczuwalnym aromatem korzennych ciasteczek. 
Sam lokal jest niewielki utrzymany w jasnej drewnianej aranżacji. Oszczędny w ozdobach, na ścianach znajdują się proste grafiki inspirowane Japonią. Dzięki otwartej kuchni możemy się przyglądać jak kucharze na naszych oczach przygotowują zamówione posiłki i napoje. Obsługa bardzo miła i kompetentna. Całość wyniosła 132 złote. Myślicie, że to dużo czy mało?

ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Minato Sushi and Ramen Bar

Należę do kilku prywatnych grup internetowych o tematyce podróży i jedzenia. Całkiem niedawno z jednej z nich udało nam się umówić i spotkać w niewielkim gronie na ciekawej rozmowie o minionych podróżach. W Minato nigdy nie byłam ale koledzy bardzo zachwalali tą restaurację, więc postanowiłam dać im szansę. Lokal jest niewielki, ale przestronny. Króluje drewno, surowe ściany i wielkie ledy na nich. 
Na danie główne zamówiłam tantanmen (45zł). Duża przyjemna porcja zupy. Jajko ugotowane tak jak lubię, sprężysty makaron i dodatki na bogato. Wywar intensywny, ale dobrze wyważony. Pikantny ale nie trzeba po zjedzeniu wypić szklanki wody aby ugasić pragnienie. Mięsa również nie żałowali. Zrezygnowałabym z kiełek fasoli, jak dla mnie są tam zupełnie nie potrzebne.
Bardzo dobre lemoniady (gruszkowa 1l/33zł i lawendowa 1l/33zł). Wiecie takie nie za słodkie. Nie były także za kwaśne jakbyś próbował zjeść cytrynę w całości.
Edamame z solą Maldon (18zł/200gram). Przyjemnie chrupiące i nieprzesolone. Fasolka słodkawa przełamana płatkami soli, o idealnym jasnozielonym kolorze.
A na deser zamówiliśmy różne rolki. Każda z nich to było niebo gębie. Wyjątkowo syte. Dopracowane w każdym detalu. Świeże ryby i owoce morza, dobrze przygotowany ryż. Nie ma nic gorszego jak rozpadający się kawałek. Najbardziej smakowała mi wersja z krewetką w tempurze. Mam wyjątkową słabość do tej wersji. Również zostały bardzo estetycznie podane. Niestety nie wiem jak cenowo, ponieważ niektóre rolki były autorskie, inne z karty a zgubiłam rachunek, więc nie mam fizycznej możliwości sprawdzenia ile finalnie wyszło za tak wspaniałą kolację. Pamiętajcie jednak, że w okolicy jest problem z zaparkowaniem. Z drugiej jednak strony tuż przy lokalu znajduje się przystanek autobusowy, więc nie ma problemu z podjechaniem do restauracji za pomocą komunikacji miejskiej. 

ClaudiaMorningstar

sobota, 25 kwietnia 2026

人魚 Targi Japońskie w Katowicach!

Jak już pewnie zdałyście sobie sprawę uwielbiam wszelkiego rodzaju wydarzenia. Zawsze jest to okazja aby wyjść z domu, zjeść posiłek, po którym nie trzeba sprzątać oraz porobić coś innego.
Na pierwszy ogień wleciał kimbab (20zł). Powiem Wam, ze to była masakra. Dawno nie jadłam czegoś tak niesmacznego. Rozpadająca się rolka, niedobre nadzienie. Farsz smakował indyjską przyprawą do curry. Czułam tylko kurkumę, która pozostawała nieprzyjemny posmak na języku. Zawód na całej linii. Omijajcie szerokim łukiem. 
Buns byłam ostatnim razem i więcej razy tego nie powtórzę. Bao nie było wystarczające aby ponownie wydać na niego 27zł. Wyglądało lepiej na obrazku niż w rzeczywistości.
Natomiast okonomiyaki były bardzo smaczne. Chrupiący boczek, dobrze wysmażony placek z kapustą. Nie żałowali sosu, majonezu i toppingów. Dali je po prostu od serca. Bardzo mi się to podoba i z miłą chęcią zjem je ponownie. 
A stoisko Take o bowl omijajcie szerokim łukim, dawno nie jadłam tak niesmacznej koreańskiej kuchni, a zarówno cena jak i obsługa klienta pozostaje wiele do życzenia.
Co mi się podobało to mimo tego, że kuchnia serwowana kuchnia nie była stricte japońska, bo jak widzicie festiwal serwował również dania kuchni chińskiej, koreańskiej i tajskiej to było dużo jedzenie właśnie z Kraju Kwitnącej Wiśni. Odwiedzający mogli spróbować świeżo robionych mochi, onigiri, tradycyjnych smażonych pierogów czy napoi na bazie matcha.
Pamiątki to chyba coś co większość z nas lubi. Myślę, że każdy znalazł tutaj coś dla siebie: tradycjonaliści zainteresują się malunkami czy lalkami Kokeshi, fani anime pluszakami bądź koszulkami, dla fanek dbania o siebie znalazły się perełki z tej kategorii. Ja nie mogłam przejść obojętnie obok stoisk z słodyczami i alkoholem. Wino brzoskwiniowe bądź owocowe likiery to coś co uwielbiam. Ceny no cóż dość wysokie. Z drugiej strony nie ma co się dziwić. Prowadzenie firmy kosztuje, a sprowadzenie towaru z drugiego końca świata na sprzedaż do najłatwiejszego nie należy.

Jako że bilet na to wydarzenie kosztował kilkanaście złotych to organizatorzy zadbali o szereg atrakcji. Mogliśmy wysłuchać na serio niesamowitej historii o kocie opowiedzianej przez rakugoka, spróbować swoich sił w "go" albo kaligrafii własnego imienia. Nie ukrywam, że mi się bardzo to podobało. Zwłaszcza ta historia o kocie. Nigdy nie słyszałam historii opowiedzianej w takiej formie, więc dla mnie była to olbrzymia nowość. Bardzo przyjemna niespodzianka. Oby tak dalej.

ClaudiaMorningstar

czwartek, 23 kwietnia 2026

Street Food Polska Festival w Rybniku

Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na food truckach. Musiało być to wieki temu skoro doszło do takiej sytuacji. O Street Food Polska Festival dowiedziałam się zupełnym przypadkiem. Powiedziała mi o nim moja przyjaciółka, ponieważ mówili o nim w radiu. Co ciekawe nigdzie nie mogłam znaleźć informacji o tym wydarzeniu. Przez chwilę myślałyśmy, że pomyliłyśmy daty bądź miasto. Po przyjechaniu na miejsce okazało się dobrze, że dobrze usłyszałyśmy i mogłyśmy ruszać na łowy. Kilkanaście foodtrucków raczej z gatunku tych fast- foodowych. Dość mało różnorodny wybór. Królowały różnego rodzaju burgery i ziemniaki w wielu formach. Podobało mi się, że zadbano o najmłodszych. Dzieci wraz prowadzącymi mogli zaśpiewać i potańczyć w rytm skocznych piosenek. Ilość ławek i stolików niestety ponownie malutko. Jedzenie na stojaka nie należy do najwygodniejszych.
Na początek Parowóz. Na ogień wleciały chińskie bułeczki w dwóch wersjach: smażony kurczak po koreańsku oraz kurczak sweet chili. Dość płaskie te bao. Zupełnie niewyrośnięte. Sosy gotowe. Za to sam kurczak smaczny. Nie gumowy, soczysty, dobrze doprawiony. Niestety nie pobije mojego ukochanego nieistniejącego już niestety Naszebao. A szkoda, bo poprzeczka była założona wysoko. Szkoda, że się nie udało. Jaki koszt? 31 zł za dwie. W razie czego za jedną sztukę zapłacicie 16 zł. Czym więcej, tym taniej. Z plusów należy wspomnieć o bardzo uśmiechniętej załodze, szybkiego wydania produktów oraz możliwości płatności kartą. 
Corndog & hot-dog to drugi i zarazem ostatni food truck w którym jadłam na tym festiwalu. Jak nazwa wskazuje sprzedaje amerykański fasfood. Oczywiście nie mogłyśmy się oprzeć i nie zamówić corndogów. W Polsce nie cieszą się one zbyt dużą popularnością ale w Korei jest pełno budek, które sprzedają ten smakołyk. Sama przekąska była bardzo smaczna. Chrupiące ciasto kukurydziane, dużo ciągnącego się sera i soczysta kiełbaska. Duży wybór sosów. Cena myślę, że okey. Każdy kosztował 22 złote. Na minus brak płatności kartą. W grę wchodziła gotówka i blik.

Lubicie takie festiwale? Czy może uważacie, że to strata czasu i pieniędzy?
ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

BTS WORLD TOUR 'ARIRANG' IN JAPAN: LIVE VIEWING

Przyznaje się z ręką na sercu, że nie jestem wielką fanką BTS- w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki. Ona ich uwielbia, słucha od początku założenia zespołu i ma wszystkie ich płyty. Gdyby chłopaki przyjechali do Polski albo chociaż do Berlina to pojechałybyśmy na koncert. Niestety tak się nie stało. W związku z tym Natalia wyciągnęła mnie do kina. 
Przed koncertem ARMY rozdawało mini breloczki inspirowane najnowszą płytą. Bardzo miły pomysł, zupełnie niespodziewany! Od razu człowiekowi się milej na sercu robi. Mały gest a cieszy!
Z kwestii technicznych bilety kosztowały 82 złote. A duży popcorn 33.90 złotych. Niestety w przeciwieństwie do innych kin Cinema-City nie postarało się w kwestii merchu i nie mieli ani specjalnych kubków ani pojemników na popcorn. Szkoda. Zawiedli w tej kwestii. Za to nagłośnienie było na prawdę w porządku, dobra jakość dźwięku i nie puszczono go za cicho. Jakość nagrania również bardzo dobra. Nie znam koreańskiego ani japońskiego ale tłumaczenie wydaje się być w porządku. Zrobiłam kilka zdjęć (nie wiem czy wolno było ale kinowa asysta nie upominała ani nie było ogłoszone, że nie wolno więc postanowiłam zaryzykować. Wybaczcie za jakość ale chłopaki ruszali się niczym na przyśpieszeniu i trudno było ich złapać. Nie robiłam ich także za dużo w myśl zasady, że lepiej przeżywać wydarzenie niż gapić się w ekran telefonu. Przed koncertem oraz w trakcie przerw puszczano przebitki z trybun. Fani jak zwykle odwalili kawał dobrej roboty. 
Mówcie co chcecie ale moda wraca. Chłopaki mieli istne stylówki rodem z początku lat 2000. Za to Jimin w blond kucyku i białym secie wyglądał niczym Shuntaro Chishiya (dla tych którzy nie orientują się jest fikcyjna postać w Alice in Borderland). Nie mogę się pozbyć tego porównania. Sam koncert był niezwykle energetyczny. To niesamowite jak można przez niecałe trzy godziny naprzemiennie tańczyć i śpiewać. Jaką oni muszą mieć kondycję! Podobała mi się interakcja z fanami. To miło czuć się docenionym, że ktoś przyszedł aby ich pooglądał. Podsumowując są to dobrze wydane pieniądze (mimo że bilet do najtańszych nie należał). Jako "nie fanka" zespołu doskonale się bawiłam. Był to mój pierwszy koncert tego typu ale już wiem, że nie ostatni.

Przyznajcie się! Kto z Was skrycie ich słucha?
ClaudiaMornigstar

sobota, 18 kwietnia 2026

Bez wyjścia

Chodzenie do kina jest fascynującą rzeczą. Najpierw omijasz je szerokim łukiem przez prawie rok z powodu puszczanych nieciekawych filmów, a następnie w krótkim odstępie czasu kupujesz kilka biletów, ponieważ w końcu możesz zobaczyć coś interesującego. Dlatego miałam przyjemność zobaczenie Scarlet, Wichrowych Wzgórz, Krzyku 7 oraz właśnie Bez wyjścia. Dzisiaj wybieram się na transmitowany koncert BTS, a w niedalekiej przyszłości na Ready or Not 2: Here I Come. Trzymam kciuki, aby druga część była przynajmniej tak samo dobra jak pierwsza.  W końcu wszyscy wiemy jak jest z kontynuacjami. 
Mimo że Bez wyjścia wyświetlali praktycznie wszędzie: zarówno w wielkich multipleksach jak i małych kinach (nawet w moim miejscowym co nie ukrywam bardzo mnie zdziwiło) to zdecydowałam się wybrać moje ulubione kino studyjne. Zwykle jest mniej oblegane, bardziej kameralne i przystępniejsze cenowo. Ten tytuł oglądałam prawie sama. Na sali oprócz mnie cieszyła się seansem tylko jedna osoba. 
Man-su prowadzi idealne życie: stabilne zatrudnienie, rodzina, dom, dwa golden retrievery. Ale wystarczy jeden dzień, by sielanka zmieniła się w horror. Man-su traci pracę w fabryce papieru, a z nią status, męskość, tożsamość, honor i sens życia. By je odzyskać, nie cofnie się przed niczym, szczególnie że mokra robota przynosi tyle samo satysfakcji, co ta papierkowa.
Osobiście uważam, że opis promujący Bez wyjścia jest nie do końca adekwatny do filmu. Po narracji spodziewałam się czegoś innego: więcej krwi, porachunków gangsterskich czy gwałtowniejszej wewnętrznej przemiany głównego bohatera. W zamian otrzymujemy zdesperowanego ojca, która robi wszystko aby utrzymać rodzinę na powierzchni. Z drugiej jednak strony głowa rodu nie docenia tego co ma i za wszelką cenę chce wrócić do starego życia. Nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości czym krzywdzi najbliższych. Finalnie pozornie udaje mu się odzyskać tamte życie: pracę, dom, stabilizację i harmonię rodzinną. Pozostaje pytanie czy warto było się tak poświęcać? Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. A cena jaką było trzeba zapłacić za to była zbyt wysoka. Film balansuje na pograniczu thrillera, dramatu rodzinnego i absurdu. Do tego dodajmy szczyptę komedii i abstrakcji. Na duży plus zasługują kwestie techniczne, praca światłem, kamerą oraz nienachalna ścieżka dźwiękowa.
Bez wyjścia to przyjemny seans. Nie jest to najlepszy film Chan Wook Park, nie pobije Służącej, Pragnienia ani słynnej trylogii z początku lat (Pan Zemsta, Oldboy i Pani Zemsta) ale zdecydowanie jest lepszy od poprzedniego dzieła tego reżysera- Podejrzanej. Zdecydowanie po niego sięgnąć zwłaszcza jeśli lubicie obsadę. Ja jako wielka fanka Son Ye Jin nie mogłam przejść obojętnie obok tego tytułu.

Przyznajcie się? Kto z Was oglądał Bez wyjścia?
ClaudiaMorningstar
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka