O Origami Sushi miałam napisać dawno temu. Niestety dopiero całkiem niedawno odzyskałam zdjęcia, notatki i prawie napisane posty z starego dysku. Mimo że recenzja jest dość stara co widać po niskich cenach to postanowiłam ją wrzucić, bo porządnie przy niej napracowałam.
Sushi całkiem niezłe (tempura set 38szt/139zł). W amerykańskim stylu z majonezowymi sosami. Jeśli ktoś lubi ten styl rolek to z pewnością wyjedzie zadowolony. Deska przystawek (49zł) ciekawa, ale poziom był nierówny. Krewetki w tempurze soczyste i chrupiące. Pierożki i mini sajgonki również, mimo że nie przyrządzali ich samodzielnie. Kimchi bez smaku a ogórki po prostu mi nie smakowały. Podane Mucha Prossecco Treviso (15*2=30zł) dobrze schłodzone. Chociaż nie rozumiem dlaczego ten sam trunek podali w różnych kieliszkach. Uczta wyniosła 218zł. Same wnętrze nie zachwyca. Surowe, bez klimatu. Przypomina stare ekskluzywne sushi bary, gdzie królowały czarne skórzane kanapy. W ogóle mi się tam nie podobało. Jedyna rzecz warta uwagi to halloweenowe dodatki. Sztuczne pajęczyny, pomarańczowe dynie dodawały koloru temu nijakiemu wnętrzu.
Na przystawkę zamówiłyśmy brokuły w tempurze (16zł) oraz krewetki w tempurze (5szt/30zł). Smaczna zagryzka. Chrupiąca tempura, brokuł i soczysta krewetka. Udane połączenie. Sosik majonezowy był idealny dopełnieniem. Niepotrzebna rzeżucha. Przyznaje się, że nie jestem fanką takich zbędnych ozdób. Tom yum z krewetką (24zł) bardzo aromatyczna, lekko pikantna z dużą ilością mleczka koksowego. Daniem głównym dla każdej z nas był pad thai z krewetką (2*30zł=60zł). To było jedno wielkie nieporozumienie. Nigdy w życiu nie jadłam tak niedobrego tajskiego makaronu. Niedoprawiony, okropnie suchy, sosu praktycznie brak. Tofu również się nie doszukałam. Owoce morza przesmażone. W niczym nie przypominało prawdziwego pad thai. Jednym słowem porażka. Nasze dania wróciły do kuchni. Dziwne było to, że nikt nie zapytał się dlaczego. A do picia dla każdej z nas po herbacie zimowej (10zł*2)=20zł. Co tu dużo mówić. Dzień był wyjątkowo zimny, więc potrzebowałyśmy czegoś rozgrzewającego. Spełniła swoje zadanie. Aromatyczny napar z świeżymi cytrusami i cynamonem. Chociaż nie ukrywam, że byłabym zadowolona z większego kubka. Napoju starczyło na dosłownie dwa łyki. Tym razem obiad wyniósł nas 150zł. Kiedyś te ceny były niższe prawda?
Innym razem wybrałyśmy się na drinka do niewielkiego ogródka. Nic szczególnego, kilka żelaznych stolików i parasol, ale na świeżym powietrzu. Nie było nic szczególnego, ale pogoda była na tyle łaskawa, że bez sensu było kisić się w lokalu. Tanie drinki. Elderflower Collins (21zł) doskonały balans pomiędzy słodyczą bzu a kwaśnością cytrusów. Daiquiri marakuja (20zł). Wakacyjna wariacja na temat klasyka. Orzeźwiający. Był to chyba nasz najniższy rachunek w życiu (41zł).
Całkiem okey restauracja, która ma zarówno dobre, jak i złe strony. Można wstąpić będąc przy okazji, ale nie jechałabym do niej specjalnie z drugiego końca świata. Niewątpliwą zaletą jest lokalizacja- znajduje się w centrum miasta i łatwo do niej trafić.
ClaudiaMorningstar




































