Strony

niedziela, 12 grudnia 2021

Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha

Muzeum Manggha w Krakowie jest moim zdaniem instytucją z dość ciekawą historią. Na początku XX wieku polski krytyk Feliks Jasieński przekazał krakowskiemu Muzeum Narodowemu swoje zbiory sztuki związanej z Japonią. Przez wiele lat cały dar praktycznie przeleżał w magazynach. Zmieniło się to dopiero w 1987, gdy Andrzej Wajda  (reżyser m.in. "Popiołu i Diamentu") wygrał filmową nagrodę Kioto. Postanowił przeznaczyć całą sumę na wybudowanie tego budynku. Cały budynek zaprojektował japoński architekt Arata Isozaki, laureat Nagrody Asahi. 
Sam budynek nie jest duży, ale myślę, że ma wszystko czego potrzeba. Dwie sale, w których odbywają się wystawy, mały sklepik z pamiątkami oraz Manggha Cafe miejscu, gdzie można zjeść japońskie przysmaki. Polecam zwłaszcza typowe japońskie śniadania, albo onigiri, czyli japońskie kanapki. Często odbywają się różne warsztaty, teraz chociażby z origami. Organizowane są wydarzenia związane z kimono czy poznawania kultury japońskiej.
Bilety dla osoby dorosłej kosztują 30 złotych, ulgowe 20 złotych,  a we wtorki wejdziesz za darmo. A pamiętajcie, że w poniedziałek są zamknięci.
W pierwszej sali wystawa czasowa poświęcona papierowi washi. Możemy podziwiać poszczególne etapy jego tworzenia oraz finalny produkt w różnych odsłonach.
W holu organizowana jest wystawa Wajda 95 poświęcona reżyserowi. W gablotach możemy podziwiać wybrane elementy z jego archiwum: jego rysunki czy twórczość.
I na koniec kilka słów o wystawie Haiku Miłosza i Dudzińskiego, która tak się składa jest do dzisiaj. W sali w piwnicy może podziwiać w sali w "piwnicy". Rysunki swoją surowością i prostotą robią wrażenie na odwiedzających. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście to macie ostatnią okazję.
Jeśli macie ochotę na pamiątki to zerknijcie do sklepiku. Znajduję się ich ogrom. Poprzez tradycyjną ceramikę, książki aż po klasycznych pocztówek, magnesów oraz zakładek do książek.
ClaudiaMorningstar

piątek, 10 grudnia 2021

KU KU Taiwanese Food & Bubble tea w samym centrum Krakowa

W zwiedzaniu miasta najbardziej lubię poznawać ciekawych ludzi, podziwiać architekturę czy kosztować kuchni z różnych stron świata. W tym przypadku wybór padł na kuchnię tajwańską. Kuku Taiwanese Food&Bubble tea oferuje przystawki, pierożki, dania główne czy zupy a wszystko to przy kompanii importowanego piwa i napoju na bazie zielonej herbaty.
Na początku prezentacja dań głównych. Dla mnie Ostra zupa Sha-cha&sezam z makaronem (34zł). Idealna pozycja dla mnie, jako fanki bogatych zup. Nieco tłusty wywar z przyjemną nutą ostrości. Makaron sprężysty. Jajko sadzone usmażone w punkt. Smażone tofu dobrze doprawione. Duży punkt dla pierożków, które były fenomenalne. Odpowiednie ciasto, smaczny farsz, dobrze zachowana forma. Koleżanka zamówiła kotlet wieprzowy z ryżem (35zł). Mięso odpowiednio wysmażone, soczyste a nie suche a panierka chrupka. Dobre dodatki: kimchi ostre i chrupiące, pierożki identyczne jak w zupie, jajko również trzymało poziom. Ma zastrzeżenie do suchości dania. Brakowało jej sosu do tej potrawy. Reszta bez uwag.
Tajwańskie pierożki won ton z mięsem (26zł/7sztuk) były fenomenalne. Uwielbiam dobrze ulepione pierogi a te były palce lizać. Ciasto delikatne, cienkie. Dużo dobrze doprawionego farszu. Wszystko doskonale komponuje się z sosem chili. Nadaje daniu głębi.
W międzyczasie kelnerka przyniosła przystawki. Zamówiłyśmy dwie: jedną wegetariańską a drugą nie. Smażony kalafior (13zł) chrupiący, idealna przekąska do piwa. Chociaż nieco za słona. Bardzo po niej chce się pić. Natomiast smażone krewetki (28zł/4sztuki) cudowne. Chrupiące za sprawą panierki na zewnątrz i miękkie oraz soczyste w środku. I co najważniejsze zostały oczyszczone. Dobrze łączą się z majonezowym sosem.
A do picia oczywiście bubble tea. Jako fanka taro zamówiłam: bubble tea z cukrem trzcinowym i mlekiem taro (17zł). Była fenomenalna. Słodka, delikatna z przepyszną tapioką. Natalia zdecydowała się na herbatę o smaku mango (16zł). Przyjemnie orzeźwiająca z kawałkami owoców.

Lokal dość mały. Mamy kilka stolików z wysokimi krzesłami. Menu dostosowane również dla wegetarian. Obsługa miła (mówiąca także po angielsku), czas wydawania szybki. Niewątpliwą zaletą jest położenie restauracji na rynku i możliwość dowozu do domu. W restauracji możemy także kupić tajwańskie przekąski, ale ich ceny są wysokie. 
ClaudiaMorningstar

środa, 8 grudnia 2021

Herbaciarnia Targowa, czyli najbardziej urokliwa herbaciarnia we Wrocławiu

Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze po zjedzeniu posiłku mam ochotę na coś słodkiego.  W związku z tym, że w Kame zazwyczaj jest sernik albo ciasto z jabłkami a obydwu tych rzeczy nie jem. Postanowiłam spróbować szczęścia gdzie indziej. Wybór padł na Herbaciarnią Targową położoną w Hali Targowej, miejscu gdzie zjesz obiad, kupisz świeże kwiaty czy produkty na obiad.
Zdecydowałam się na kilka propozycji: zieloną herbatę z grejpfrutem (13zł), ciasto (13zł), pralinkę pistacjową (5zł) oraz pralinkę czekoladową (5zł). Napój przygotowany w odpowiedniej temperaturze, a liście dobrze przechowywane, więc napór nie stracił swojego smaku. Ciasto bananowe z tofii rozpływające się w ustach. Słodkie, ale nie za słodkie. Owoce doskonale łączyły się z kremem oraz ciemnym biszkoptem. Praliny również wypadły bardzo dobrze. Zostały przygotowane z dobrej jakości czekolady. Aromatyczne w smaku za sprawą bogatego wnętrza. Kropką nad "i" są orzechowe posypki. Spójrzcie na zastawę, istny majstersztyk. Porcelana jest ładnie ozdobiona. Występują na niej różne motywy. Najbardziej podobają mi się bogato malowane talerzyki. Bardzo lubię takie klimatyczne akcenty. Dużo lepiej je się z przyjemnej dla oka nakrycia.
Spójrzcie na klimat tej herbaciarni. Niewielki lokal mieszczący się na dwóch poziomach: z gustownej antresol z której można podziwiać widok z dużych okien oraz parteru, gdzie możemy usiąść na wygodnych fotelach, długich ławach, bądź rozsiąść się w prywatnych alkowach. Idealne miejsce na randkę bądź spotkanie towarzyskie. Ścianę przyozdabiają kafle oraz retro fotografie Wrocławia, podłogę na dywany a sufit kryształowe żyrandole. Miejsce przywodzi na myśl dawny salonik, gdzie Pani Domu urządzała spotkania towarzyskie przy herbacie. To miejsce ma po prostu swoją duszę. Dotychczas w Polsce nie spotkałam drugiego takiego miejsca.
A przy wejściu kuszą nas różne słodkości. Od czekoladowych pralin poprzez tartaletki, muffiny oraz bezy aż do ciast znanych z tradycyjnego formatu. A wielcy fani herbaty mogą kupić do domu różnego rodzaju czajniczki bądź akcesoria.
 
Znacie Herbaciarnię Targową? A może polecicie mi inne miejsca tego typu?
ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Kame, czyli japońskie domowe dania w Wrocławiu

Jak jedzie się na wycieczkę do innego miasta to w końcu trzeba zjeść obiad. Po wielu rozmyślaniach padło na Kame, czyli na niewielki lokal położony na ul.Robotniczej 70j. Otoczony budynkami, halami i sklepami. Łatwo dojechać tam tramwajem, ponieważ przystanek znajduje się bardzo blisko baru. Można jechać także autem, ponieważ przed lokalem znajduje się parking. Jeśli nie chcemy ruszać się z domu to możemy zamówić posiłek przez Glovo, Uber Eats czy Pyszne.pl. 
Na początek skusiłam się onigiri z smażoną cukinią (5zł). Niebo w gębie. Ciepłe, ryż kleisty, odpowiednio ugotowany. Farsz chrupiący i dobrze doprawiony. Dobrze komponował się z resztą. Była to moja pierwsza wege kanapka, ponieważ zawsze wybieram wersję rybną. I to był strzał w 10!
Na danie główne skusiłam się na Happousai Bento, czyli smażoną wieprzowinę z warzywami. Za 25 złotych dostaniemy miso, zielona herbatę i danie główne dnia. Przyznam się szczerze, że nie mogę się do niczego przyczepić. Jest to domowe jedzenie, nic wyszukanego ale jest na prawdę smacznie. Ogórki chrupiące, a sałatka delikatna w smaku. Punkt główny zestawu, czyli smażona wieprzowina fenomenalna. Mięso soczyste, dobrze doprawione Grzyby miękkie, a cebulka dobrze karmelizowana. Ryż przyjemnie klejący się, taki jaki lubię najbardziej. Zupa bardzo aromatyczna. Idealna w smaku, a zielone herbata to miły dodatek uzupełniający całość.
Samo wnętrze jest dość małe, chodź przytulne. Mieści kilka stolików, niewielką ladę za którą stoją dwie miłe Japonki i otwartą kuchnie, więc można popatrzeć jak właścicielki przygotowują posiłek.Atmosfera jest domowa. Jedząc tutaj poczujemy się jak na rodzinnym obiedzie.
ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 29 listopada 2021

Okashi, czyli nowo otwarty azjatycki market na wrocławskim rynku

Uwielbiam Wrocław zimą. Przepięknie przyozdobiony światełkami rynek ma swój urok. W otoczeniu zabytkowych uliczek trzy tygodnie temu otworzył się nowy azjatycki sklep Okashi importujący swoje produkty Koreii, Chin oraz Japonii.
Sklep jest bardzo mały, ale przestrzeń jest bardzo dobrze zagospodarowana. Chociaż przyznaję, że jest dość ciasno między regałami. Podoba mi się, że są one drewniane, przez to wnętrze nie wygląda tak surowo. Wchodząc do lokalu zastajemy dania instant różnorodnych marek. Znajdziemy tutaj mój ulubiony Shin Ramyun czy Jjajangmen od Paldo.
Następnie są różne słone przekąski takie ryżowe krakersy czy chrupki kukurydziane w kilku wersjach smakowych. Te bardziej znane (cebulowe krążki czy z posypką krewetkową).
Wybór kolorowych napoi jest imponujący. Jeśli będziecie spragnieni skuście się na zieloną herbatę lub puszkę Welchs. Tylko pamiętajcie o jej wstrząśnięciu ze względu na galaretowatą formę. Kusiły mnie gazowane napoje sygnowane Pokemon, ale cena 16 zł za 330ml skutecznie odstraszyła.
Następnie kawy oraz herbaty w saszetkach oraz mochi, których wybór smakowych jest dość duży. Truskawkowe czy o smaku matchy to klasyki ale wersję bananową widzę po raz pierwszy.
Pocky to coś co polecam każdemu smakoszowi. Długie paluszki obtoczone słodką polewą. Klasyczne czy truskawkowe to moje ulubione. Oprócz artykułów spożywczych kupimy bento, pałeczki w zestawie czy bambusowy parnik.
I na koniec podstawowe produkty spożywcze, ukryte w głębi sklepu. Ryż, makaron, olej, czy pasta z chili to podstawy w kuchni koreańskiej.
Czynny od poniedziałku do soboty. Mają także sklep internetowy oferujący dostawę do domu lub do sklepu. Plus za lokalizację. Minus za ceny. Są wyższe niż w innych marketach. Miła obsługa. Asortyment podstawowy. Jeśli zabraknie Wam czegoś popularnego do obiadu to zapewne to tutaj kupicie, ale nie ma porównania do krakowskiego Asia Deli czy katowickiego K-shop.
ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 22 listopada 2021

Co kupiłam będąc w Xanxin Supermarket?

Ostatnia wizyta w Stolicy była udana. Spędziłam czas z przyjaciółką, zjadłam przepyszne banh mi oraz krojone plastry wołowiny a także zrobiłam zakupy w chińskim hipermarkecie. Nie byłabym sobą, gdybym nie przywiozła kilku słodkości do przetestowania. 
O moon cake pisałam cały obszerny post, więc powtórzę pokrótce. Mimo że to był produkt paczkowany, wyprodukowany wcześniej to na serio mi smakowały. Nadzienie dostępne w 3 smakach przyjemni słodkie. Mi najbardziej smakowała opcja z orzechowych pestek. Ciasto delikatne, nieco kruche w smaku. Koszt niewysoki: 15 zł za ciasteczko, a przy zakupie 4 są one pakowanie w śliczny metalowy box. Spójrzcie na ten design z piwoniami.
Skoro było coś do jedzenia to również musiało być coś do picia. Wybór padł na czarną cytrynową herbatę od Master Kung. Produkt chiński. Przyznam się szczerze, że nie miałam napojów tej marki. Wypada dużo lepiej od popularnego Litopna czy Nestea. Ma łagodniejszy smak, nie czuć dużej ilości chemii i jest delikatnie słodka. Gasi pragnienie. Koszt: 3zł/500ml.
Kolejną przekąską były truskawkowe chrupki marki Oishi. Konstrukcją przypominające Flipsy, ale te smakołyki były delikatniejsze i dużo mniejsze. Truskawkowa polewa była fenomenalna. Delikatna, słodka i co najważniejsze nie miała chemicznego posmaku, który często towarzyszy tego typu produktom. I spójrzcie na opakowanie. Czy nie jest przeurocze? Cena: 7zł/40g.
I kolejne chrupki od Oishi tylko tym razem w wersji melonowej. Struktura identyczna jak w poprzedniej wersji. Tylko różniła się polewą. Była również smaczna, delikatna w smaku i słodka. Dobrze komponowała się w chrupkami. Nie było jej ani za dużo ani za mało. I również  w tym przypadku spójrzcie na opakowanie. Uwielbiam jak firma dba o szczegóły. Cena: 7zł/40g.
I na koniec skusiłam na zestaw do bubble tea, które można przygotować w domu. Ile ja się namęczyłam aby ogarnąć sposób przygotowania. Zupełnie nie znam chińskiego, a napisów w języku polskim bądź angielskim nie było. Ale od czego jest internet. W końcu znalazłam tłumaczenie na angielski. W skład paczki wchodzi: mleko w proszku, czerwona fasola, kakao i słomka. Podoba mi się to, że nie potrzeba dodatkowych kubków czy innych elementów, a napój można przygotować gdziekolwiek z dostępem do ciepłej wody. W smaku delikatne, słodkie. Smaczne, chociaż ja osobiście wolę bubble tea na zimno. Bardzo łatwy do przygotowania.Fajny produkt to wypróbowania jako ciekawostka albo dla fanów herbat na ciepło. Cena: 8zł/zestaw.

Macie takie sklepy w okolicy? Który jest Waszym ulubieńcem?
ClaudiaMorningstar

poniedziałek, 8 listopada 2021

Moon cake, czyli słodycze na Święto Środka Jesieni

W zeszłym roku testowałam moon cake produkcji wietnamskiej. W tym roku spróbowałam ich chińskich odpowiedników. Ponownie są one gotowe, ponieważ gdy pojechałam po nie do Warszawy to okazało się, że kawiarnia tymczasowo jest zamknięta. No cóż w przyszłym roku spróbuję ponownie zjeść te świeżo zrobione. W końcu do trzech razy sztuka. W tym roku kupiłam je w Wanxin Supermarket, który oferował te słodycze w kilku wersjach smakowych. Oczywiście w moim koszyku wylądowały wszystkie odmiany dostępne w sklepie. Cena nie była wysoka, bo za porcję zapłacimy 15 zł. 
Jak widzicie poszczególne smaki nie różnią się zdobieniem ciasteczka, są identyczne zewnątrz. Rozróżnicie je jedynie po wyglądzie wewnętrznym oraz smaku.
Przy zakupie 4 sztuk nasze ciasteczka zostają zapakowane w metalową puszkę z wzorem piwonii, które zawsze kojarzą mi się z zakazanym miastem. Jak to w haremie przywileje zależały od pozycji. Jeśli byłaś cesarzową to mogłaś mieć na ubraniu różę a jak konkubiną to piwonię. Bardzo lubię taką sztukaterię. W pudełku każdy moon cake odpowiednio był chroniony przed stwardnieniem, dodatkowo dołączone były plastikowe widelczyki i nożyki jeśli chcieliśmy podkroić je na cząstki.
Wuren Mooncake wersja, która zdecydowanie trafia w starsze pokolenie. Mimo że do niego nie należę to bardzo za nimi przepadam. Farsz wykonany jest z różnych pestek, ziaren i orzechów takich jak np. migdały bądź orzechy włoskie. Delikatnie słodki, przyjemnie ciągnący się.
Wersja z czerwoną fasolą to klasyk. Również smaczny. Przyjemnie miękki oraz zbity. Dobrze przygotowany, więc nie znajdowały mi się żadne grudki. Nie zapychał, a słodycz nie dominowała nad smakiem.
I ostatnia wersja. Przyznam się szczerze, że miałam niemały problem z rozszyfrowaniem smaku. Nie znam chińskiego, a oznaczeń angielskich nie było. Z pomocą przyszedł mi niezastąpiony wujek google. Metodą prób i błędów wywnioskowałam, że to ciasteczko faszerowane jest pastą z nasion lotosów. Samą roślinę uwielbiam w wersji z mięsem, więc nic dziwnego że na słodko również mi smakowała. Wnętrze miało identyczną strukturę co wersja z czerwoną fasolą. Różniło się smakiem. Było słodsze i bardziej wyraziste w smaku.

Jedliście kiedyś moon cake?
ClaudiaMorningstar

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka