Strony

poniedziałek, 12 października 2026

Czy Hankki w Krakowie zasługują na to aby znaleźć się w przewodniku Michelin?

Od pewnego czasu testuję lokale z przewodnika Michelin. Poprzednio w Krakowie udało mi się odwiedzić dwa miejsca: Bufet, gdzie zarówno jedzenie, obsługa i klimat były na najwyższym poziomie oraz Karakter, który serwuje bardzo pyszny tatar z trusia natomiast reszta była tragiczna. Zachowanie kelnerów to nieporozumienie a muzyka puszczona na full również. Czułam się niczym w klubie a nie czołowej (ponoć) restauracji. O Hannki słyszałam wiele dobrego, nic więc dziwnego, że postanowiłam przetestować na własnej skórze o co tyle szumu. 
Bulgogi (61zł) to był pierwszy mój wybór. Danie znam i bardzo lubię. Miałam także okazję być na warsztatach w Seulu i samodzielnie przygotować to danie, więc poprzeczka była zawieszona wysoko. Ryż był smaczny, nie spodziewałabym się czegoś innego po azjatyckiej restauracji. Wołowina delikatnie słodka, miękka i soczysta. Nie wiem natomiast dlaczego dodano tutaj taką ilość papryki oraz cukinii. W oryginalnych przepisach one nie występują. Banchan bardzo smaczne. Zwłaszcza delikatnie pikantny kalafior oraz chrupiące kimchi. Porcje za to były mikroskopijne. Kasia mówi, że jej vege pattan (52zł) był po prostu dobry. Aromatyczny wywar, sprężysty makaron. Niestety jej pozycja nie załapała się na zdjęcie, więc nie zobaczycie jak o wyglądał.
Na pierwszą z dwóch przystawek zamówiłam popcorn chicken sweet-chilli (33zł). Kurczak chrupiący z zewnątrz i soczysty w środku. Za sprawą glazury bardzo słodki. Dla mnie idealny, ale dla mojej towarzyszki za słodki. 
Wraz z Kasią zamówiłyśmy po pierogach. Każda z po porcji (34zł). Były fenomenalne. Ciasto idealnej grubości z dużą ilością mięsnego farszu. Charakterystycznie przyrumienione z jednej strony. Podane najbardziej tak jak lubię. 
Nie mogłyśmy przejść obojętnie wobec karty napoi. Moja kombucha (25zł/330) delikatnie słodka i dobrze schłodzona. Herbata (24zł) w zalana w odpowiedniej temperaturze, a liście nie zostały "sparzone". Urakasumi junmaishu (50zł/200ml) łagodne w smaku, z wyczuwalnym owocowym posmakiem.  
Nie wiem jak Wy ale ja po obiedzie zawsze mam miejsce na deser. Kasia również. Jiggly panna cotta (24zł) była na serio bardzo smaczna. Delikatnie kokosowa, a dodatek granoli i karmelowej miso było oryginalnym i ciekawym połączeniem.

Miałyśmy zrobioną rezerwację, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ zarówno wewnątrz jak i w ogródku znajdowało się pełno wolnych stolików. W niedzielę spodziewałam się tłumów. Zostałam mile zaskoczona. Czas oczekiwania na jedzenie był dość długi, choć w lokalu nie było dużego ruchu. Należy wspomnieć że pomimo tego, że obsługa była powolna to jednak miła.Wnętrze bardzo ładne. Proste, z dużą ilością drewna, architekturą nawiązującą do stylu koreańskiego i japońskiego. Nasz późny obiad składający się z 3 przystawek, 2 dań głównych, 2 deserów i 3 napoi tym razem wyniósł nas 361zł. Smacznie zjadłyśmy chociaż dania zostały nieco zeuropeizowane, myślę, że gdyby kucharze postanowili zostać przy oryginalnych recepturach to klientów przybyłoby, bo miejsce na serio ma potencjał.

ClaudiaMorningstar

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka